Już na początku roku zabukowałem
sobie termin na zawody w Macedonii. Po opowieściach chłopaków wiedziałem, że
muszę polatać w tym miejscu. Ekipa mocna Tomscy i Wujki, Wacki, Grzesiek i rada
pilotów z Congestusów. Składy w samochodach już ustalone, więc trzeba
kombinować jak się tam dostać. Powoli rodzi się pomysł wyjazdu na motorze.
Kiedyś już jechałem z glajtem* 100km i było ok. Jakoś dam radę, najwyżej spóźnię
się na zawody. Jeszcze tylko znaleźć partnera. Prezes jak usłyszał o całej
akcji od razu napalił się jak szczerbaty na suchary. Wreszcie będzie można
wypróbować motorki w trasie.
W robocie wszystko załatwione.
Wymagało to trochę gimnastyki bo muszę wrócić z Targów (6h drogi), szybko spać
i o 3 rano znów w trasę. Dam radę, nie takie rzeczy…
Jeszcze szybkie ustalenie
checklisty z Prezesem i można się pakować.
Znajdź 6 różnic
Wyjazd
Plan na dziś: dojechać ile się da
(ok 1000km) przekimać i przed południem dotrzeć na miejsce.
Start o 3:00. Cholera zgubiłem
stopery do uszu. Trudno, trzeba jechać. Na zewnątrz robi się już jasno, piękna
pogoda no to gonię bo daremne szukanie stoperów zajęło mi za dużo czasu.
Aby tradycji stał się za dość początek wyprawy musi być w deszczu. Od
Miejsca Piastowego zaczyna lać. No to ładnie się zaczyna. Wg prognoz miało padać
dopiero po południu. Na Orlenie dolałem do pełna i tu pierwsza niespodzianka,
moja karta bankomatowa straciła ważność. Na szczęście jest Prezes ze swoją. Wszystko sprawdzone, no to jedziemy. Pucuje do
Svidnika. Kombinezony z Castoramy sprawiły się na medal.
Nie dość, że sucho to
jeszcze cieplutko (dodatkowo pod rękawice założyliśmy rękawiczki foliowe z
cepeenu – polecam, sucho i ciepło). Przed Świdnikiem przypominam sobie, że
przecież mam podgrzewane manetki. Teraz to już można jechać. Słowaccy
motórzyści spotkani po drodze nie mogą się nadziwić naszym osiołkom.
- Co wy tam wieziecie??
- Padaki na zawody do Macedonii.
- Nieźle, my tylko do Rumunii.
- :)
 |
Gozilla i Krasula |
Jazda przez Słowację i Węgry
przebiega bez problemów. Ciśniemy ile wlezie (160 to max, przy większych
prędkościach dostaję straszne shimmy od tobołków). Robią się wiry w baku, ale
za to postoje częstsze.
 |
Co się gapisz? |
Wyjeżdżamy z UE. W Serbii witają
nas celnicy. Prezes podaje paszport celnikowi. Urzędnik znajduje 160€ w środku
(wpisowe na zawody) i pyta „Bakszysz? Bakszysz?” – Nie, nie, ja nie. Na szczęście
zostawił kasę. Droga przez Serbię strasznie mi się dłuży. Cały czas autostrada
i monotonna jazda. Wjeżdżamy do Belgradu. Z daleka miasto robi na nas wrażenie.
Nad miastem kłębią się potężne Cumulonimbusy. Wujek coś wspominał o potężnej
burzy w tym miejscu dzień wcześniej. No to będzie mokro. Prezes jedzie przodem,
nagle wykonuje mistyczne ruchy: lewą ręką macha w lewo, potem w prawo i na
wprost. Chmury się rozstępują i leje po bokach a przed nami sucho. Jadę za
Mojżeszem suchą szosą. Nagle stop. Garmin się zamotał i minęliśmy zjazd. Nie ma
czasu na błądzenie, więc niewielki odcinek autostrady pokonujemy pod prąd. Udało
się, uciekliśmy przed deszczem.
 |
Forfiter śwagier |
Miejscami tylko asfalt mokry i to bardzo, ale
deszcz jakby nas unikał. Szczena mi opadła, Prezes zawstydził Coperfilda.
Przypomniała mi się scena z mojego ulubionego filmu: „Warunki na zgrupowaniach
miałyśmy bardzo dobre! Wszystko to zasługa naszego prezesa i nie jest prawdą,
że nad łóżkami dach przeciekał! Szczególnie, że prawie nie padało! Prezes dba o
nas jak ojciec najlepszy! Pre...”
Wreszcie autostrada się kończy i
zaczynają się winkle przez górki. Plan na dziś zrealizowany. 1000km za nami.
Jedziemy dalej. Za granicą Macedońską dzwonimy do Grześka „ Nie jedźcie na
Garmina bo wyprowadzi was w pole”. Szybka decyzja, jedziemy do końca. Niestety
Grzesiek miał rację, jesteśmy w polu. Fajnie się jedzie, ale sił jakby mało i
stało się. Postój na sprawdzenie mapy kończy się glebą parkingową. Gozilla
przechyla się na tyle, że nie jestem w stanie jej utrzymać i kierunkowskaz
trach.
Z czarnej dupy wyprowadza nas napotkany blokers na rowerze. Zaczynają
się prawdziwe serpentyny. Niestety jakość asfaltu pozostawia wiele do życzenia.
Koleiny, dziury i kamienie. Po prawej jakieś skały po lewej ciemność. Jest już
bardzo blisko i grzejemy ile się da (jak zobaczyłem te serpentyny zaraz obok
przepaści na drugi dzień to mi się włos lekko zjeżył. Gdybym to widział w nocy
to nie jechał bym tak szybko ;))
 |
Tak to wyglądało za dnia |
Na miejscu jesteśmy grubo po
północy. Wąskie uliczki, każda taka sama, pod górę i w dół. Zanim znaleźliśmy
nocleg zdążyli pozamykać wszystkie knajpy. Resztką sił odwiedzamy kwatery „Rady
Pilotów” gdzie Miron wita nas Rakiją. 1400km, kilka szotów żółtej i już
jesteśmy zrobieni.
| | |
Mało tego spania |
Spaliśmy szybko…
Dzień treningowy
Krushevo dopiero za dnia ukazuje
swoje oblicze. Widok zapiera dech w piersiach. Miejscówka jest przepiękna.
Wąskie uliczki, stare domki, samochody marki Zastawa, muły i osiołki. Po
mieście pląta się strasznie dużo bezpańskich psów i jeszcze więcej szwędającej
się bez celu policji.
Szkoda, że to wszystko trochę
zaniedbane. Wygląda to tak jakby od 20 lat nikt tu nic nie robił.
Za to startowisko
świetnie przygotowane. Wczesny start i latanie po chmurach. Widoki wspaniałe.
Latamy zarówno po górch jak i po płaskim. W drodze na jeziorka mamy z Wujkiem
mega duszenie i prawie szorujemy uprzężami po ziemi. Jakimś cudem razem ze
Stefkiem udaje mi się wygrzebać z parteru. Uczucie nie do opisania, podwozie
już wystawione do lądowania a tu taka niespodzianka.
Niestety Wujek ma mniej
szczęścia i ląduje przy jeziorkach. Pod chmurą odczuwam spore zmęczenie. Przez
radio Prezes melduje, że ryczał na chmury (na szczęście miał kask bez szczęki).
21h jazdy i gościna Congestusów dają się we znaki. Oczy same się zamykają.
Worzę się jeszcze chwilkę po okolicy i próbuję lądować. NIE DA SIĘ. Wszystko
nosi. Dopiero razem z Tomskim udaje nam się znaleźć jakieś duszenia. Dzień
udany, zalatane. Po lataniu rejestracja na zawodach.
 |
BORNY!!! Safety briefing |
Dzień kończymy w restauracji
gdzie jesteśmy świadkami kabaretu w wykonaniu wegetariańskiego poligloty -
Fiemki.
Gość jest niesamowity, przez wszystkie dni zabawiał nas kawałami i
prawie się nie powtarzał. Kawał o świniach po prostu rządzi. Jednego kawału nie
do końca rozumiem. „Jak wylądujesz uważaj żeby nie otoczyły cię żółwie”.
Okazało się, że żółwie spacerują tam wszędzie tak jak u nas jeże. Spotkaliśmy
kilka takich chodzących kamieni na drodze. Faktycznie otoczenie przez żółwie
mogło by być groźne.
 |
Ciapek |
Task 1
67.4 km — Race to Goal
Nad startem straszny tłok. Ludzie
latają jak chcą, przelatują przez kominy na kreskę lub kręcą w drugą stronę. Jak
w ulu, aż dziwne że nie było zderzeń.
Miało być tak pięknie a zabrakło
10km do mety. Fiemka zawstydził dziś wszystkich i na swoim Synergy był dziś
pierwszy. Ogólnie dzień udany. Tym razem to nie ja czekałem na zwózkę tylko
zwózka na mnie.
 |
Akwarium |
 |
Wreszcie ktoś mi zrobił zdjęcie. Dzięki Grzesiek |
Task 2
80 km — Race to Goal
Musimy
wywalić kogoś z teamu bo może być tylko 5 osób. Fiemka tworzy swój UFO team i
przygarnia wyrzuconego z Bornów Wacka – wybacz Wacek.
 |
"Wybacz Wacek" |
Organizatorzy
twierdzą, że task jest ambitny i przewidują 15% pilotów na mecie. Początek jest
dobry, ale na pierwszym punkcie zła decyzja powoduje, że czołówka mi ucieka.
Lecę w kolejnej grupie. Kolejny błąd na Prilepie prawie kończy się lądowaniem.
Teraz już nie odpuszczam i cisnę belę ile wlezie. Po drodze pięknie nosi i
dolatuję do mety. W goalu są już Tomski i Grzesiek. Po chwili dołączam do nich.
Okazuje się że Prezes, Wujek i Wacek też za chwilę będą na mecie. Wszystkie
Borny META. Super dzień.
 |
Wujek |
 |
Prezes |
 |
Wacek |
 |
Zwózka |
Task 3
63 km — Race to Goal
Nie ma
lekko. 3 task nie jest łatwy i większość ląduje po trasie. Razem z Grześkiem
siedzimy na mecie ale niestety bez zaliczenia 2 punktów. Wnioski na przyszłość
to szybciej lecieć.
Task 4
67.1 km — Race to Goal
 |
Najpierw trzeba znaleźć cywilizację |
Nie ma
pewności czy w ogóle pójdzie konkurencja. Chmury rosną, wiatr bardzo mocny i
tylko chwilami słabnie umożliwiając start. Co chwilę zamykają okno startowe.
Udaje mi się wystartować dopiero w 3 rzucie. Idzie nieźle ale wiatr ciągle się
wzmaga. Nierówną walkę większość kończy przed
punktem. Na podkowie kilka glajtów wozi się na żaglu. Nagle pomarańczowy
peak dostał klapę. Pilot przereagował i wpada w kaskadę. Przelatuje nad
skrzydłem i wpada w sata. Paka nie otworzyła się ale na szczęście pilot
wychodzi z tego bez szwanku. Nie wyglądało to najlepiej. Na zwózkę
czekamy z kolegą Rosjaninem. Jedyny cień znajdujemy pod jabłonką. Jedne z
lepszych jabłek jakie jadłem. Chwilę czekamy na Wujkowóz i za chwilę jedziemy zobaczyć jezioro Ohrid.
Jest co oglądać. Wielkie jezioro robi wrażenie. Dookoła góry, woda kryształ i
dość ciepła mimo braku słońca. Kiedyś trzeba będzie tu przyjechać polatać.
 |
Adam i Ewa |
Task 5 –
canceled, powrót
Decydujemy, że wracamy wcześniej i
tym razem rozbijemy drogę na 2 części. Wacek oferuje, że weźmie nasze glajty,
więc możemy jechać na luzaka. Pogoda wygląda kiepsko i nie czekamy na
rozpisanie konkurencji. Okazuje się, że słusznie bo ostatecznie dzień został
odwołany. Na widok potężnych chmur burzowych nakłaniam Prezesa na założenie przeciwdeszczówki.
Przez mój brak wiary w Prezesa jedziemy mokrzy, ale od środka. Niestety
kombizony nie oddychają i jest strasznie gorąco. Na Mojżesza udaje nam się
dojechać do Novego Sadu w Serbii. Na każdych bramkach sfora psów. Tajniacy mają
wcześniej rozstawione suszarki i na bramkach już wiadomo którego klienta
ściągnąć na pobocze.
 |
Sfora psów (zoom) |
Mały Cwaniak:
Siwy! Tu
jest jakiś cwaniak!
Siwy Cwaniak:
Pan daje piątaka, a cwaniak
trzydzieści.
Dalej już
tylko grzmi i błyska. Hotel jak z PRLu, ale czysty, tani i do tego z klimą.
Najedliśmy się do syta, a piwo już dawno mi tak nie smakowało. Rano ruszamy
dalej.
 |
Full wypas |
Na granicach
jakieś kolejki, ale nie dla motorów. Wbijam się kulturalnie w kolejkę a tu
nagle ktoś mnie klepie w plecy. Myślę sobie, chyba nie będzie aż tak
kulturalnie. Okazuje się że to Tomski z Wujkowozu. Również stacjonowali gdzieś
w Serbii.
Na Węgrzech
znów przez Garmina zwiedzamy Budapeszt w 30 stopniowym upale. Uwaga na
przyszłość – nie jeździć na Garmina.
Jeszcze
obowiązkowy arbuz na miejscu. Jedna miejscówka na Gozilli wolna więc
postanowiłem kupić jednego do domu. Po kilkunastu km sprawdzam czy zakup nadal
na miejscu, a on przeleciał sobie przez siatkę i jedzie na luzaka z tyłu.
Fuksem został uratowany.
Na Słowacji
kupujemy jeszcze lentilki dla dzieci i alkohol. No i stało się. Prezio robi to
co ja. Słyszę tylko: Piachu!! Piachuuu!!! Piachuuuuuu!!!!! Nie zdążyłem i
krasula Prezesa leży. Na szczęście żadnych strat.
Pożegnanie
za Duklą i już prawie w domu.
 |
Wita mnie Misiek - chyba mu się podoba :) |
Podsumowanie
Winiety w
Serbii
- ok 12€ w
jedną stronę
Winiety w
Macedonii
- 200
bałaganów**
Hotel w
Macedonii
- 13€ super
standard w tym śniadanie (wypasiocha)
Restauracja
w Macedonii
- 200
bałaganów wystarczy na konkretny obiad i piwko
Hotel w
Serbii
- 15€ w tym
kolacja (micha fasolki po bretońsku z żeberkami + piwo) i śniadanie
Kombinezon przeciwdeszczowy
2 częściowy BHP z Leroy Merlin
- 41 zł
Spalanie
przy normalnej jeździe (100-120 km/h)
- Krasula 4,5l
- Gozilla
niecałe 5l
Spalanie
przy zapier… szybszej jeździe (130-160km/h)
- dużo ;)
prawie 7l
Przejechana
trasa
- 2876km
Mycie sprzętu
- długoo.. i dokładnie
udogodnienia warte polecenia:
Deflektor zakupiony tuż przed wyjazdem
-
mówiąc krótko - warto. Spora redukcja hałasu i wibracji na kasku. W połączeniu ze
stoperami (znalazły się w połowie drogi powrotnej na dnie jednego z
kufrów) zdecydowanie poprawia komfort jazdy
Nakładka na rolgaz pożyczona od Miśka (Dzięki)
- mała rzecz, ale robi robotę. Przy długiej jeździe działa jak tempomat.
* glajt - paralotnia
** bałagany - określenie waluty Macedońskiej - Denary
Zdjęcia z glalerii Grześka, Wujka i Tomskiego